Gdzie siedział ten stary człowiek pijacy piwo
gdzie wierni słuchacze
którym sprzedawał tanie historyjki całymi dniami
Był
i odszedł
a ktoś po latach zdumiony odnalazł siebie
w tamtej historyjce
prostej jak prosta może być opowieść
starego człowieka
o życiu.
Niech będzie nam dane uprosić trawy
by swym rozkołysaniem
porwały myśl skryta ku pięknie.
Rozbity kryształ niech będzie nam dane
przetopić w szczęście choć raz jedyny.
Płynąc
Płynąc powoli nad jeziorem wielkim i czystym
wzrokiem przełamać horyzont
rozdmuchać.
Usnąć
Usnąć nad brzegiem z ramionami
ciężkimi wiatrem
i zgadywać jutro
w rechocie żab
we wszystkim co żywe
Odnaleźć siebie.
Komu wyliczono lata
komu oddane stracone
Spadają kartki z kalendarzy
wreszcie one cale
stuleciami i epokami
odpadają wraz z ciepłem od ziemi
wraz ze światłem pędzącym do obcych globów
Margines wiedzy sięga wczoraj i dzisiaj
pije teraz mleko
to tylko wiem
to jedno
podczas gdy o wczoraj doniosly gazety
a jutro może być deszcz
chce słońca
którego coraz mniej
mam żal do kalendarzy które żółknąc
zabierają blask
i barwę ciepła
bezpowrotnie
Ogłoszono konkurs na pejzaż
To była twarz starej kobiety
doskonale pamiętam fotografie
pole zaorane zmarszczkami
twarz poorana pługiem
Pamiętam te twarz
Odważnie spoglądasz i widzisz
Skiby ciągnące się ku horyzontowi
brunatny kolor gleby
wypalona słońcem twarz ziemi
Odbicie pol.
zastygle w salonie wystawowym
przeniesione w ramki
Twarz ludzka
Pol. wieku odciśnięte
w tym dziwnym
pracowitym ludzkim owalu
To była twarz starej ziemi.
Dni rodzą się w nas samych myślą grzeszna
Obracani z boku na bok
lgniemy ku snom szukając
sensu
tłumaczeń
poza bryła która jesteśmy
poza prochem w który przyjdzie się obrócić
Rodzimy się w dniach
powracamy z dalekich wypraw
którym znaczenia przypisze ruch
brył dwunożnych
Będą dni
gdy pociągi przemienia się w listy
z łatwością buta
stającego się podróżą dawno oczekiwana
aż ogarnie nas sen
czarny jak otchłań zaświatów
by pęknąć nad ranem
jak szklana kula zdemaskowanej wróżki
I dzien. narodzi się w nas samych
przytłoczy nas prawda
odejmie sens
różowym ptakom
i twarzom dawno pominiętym milczeniem
Wrócimy w dzien.
hukiem prostowanych kończyn
i szumem opróżnianych pęcherzy
wrócimy
jeszcze nie prochem będący
Wrócimy dniem
rodzącym nas samych.
W podroż wielka ku wierze w Boga
zabieram drzewo wielkie i silne
stojace
realne aż do granic tego co zwiemy
materia
ta niezniszczalna
Mogę je zwać cieniem na swej spoconej
zmęczonej droga twarzy
lub zwyczajnie
milionem wykałaczek
Jest wielkie i pyszne
tłuste jesiennym owocem
lecz przecież mieści się
w wierszu
poddaje się obróbce słowa i wyobraźni
tnę je wzdłuż tkanek na strofy
przyglądam się wędrówce soków
ku koronie
Czy rozumiem je
czy czytam właściwie
sens splatanych korzeni
obumarłych liści
Czego świadectwem jest ono
drzewo wielkie i silne
Boga
czy samoistnienia tego ogromu
który próbuje dostrzec
rozłożyć na atomy
namalować i nazwać cieniem lub systemem
istniejącym obok
innych
Pytam wciąż
gdy szukam ochłody wśród lasów
Czym ono jest.
Wiersze pisane wieczorem są smutne
przeważnie o starości lub cieniu
odchodzimy w nie z bólem
czekamy samotnie
opuszczeni
Wiersze pisane wieczorem to żal
jeszcze jedna zmarszczka
którą wygładzi dopiero poranek
Pisanie zmierzchem
atramentem czarnej nocy
ma swoja miarę
delikatność stąpania zegara za ścianą
zegara ciszy
upadku
Wiersz pisany wieczorem stygnie powoli
budzony jest czasem
jakąś klątwą gadającego domu
płaczem pękającej o dziesiątków lat ściany
Wieczorem pisane wiersze są prawdziwe
istnieją jak lampka
ten ich jedyny
niemy świadek narodzin
i smerci
Są sobą
czarne i wierne chwili tworzenia
przechodzą w noc z majestatem
płynnie
i syte koszmarem.
Odchodziłem w uściskach
Napiszesz
Napisze
Nie dzwon
Ja zadzwonię
Potem usiadłem
Pejzaże mknęły szybciej niz. myśl
Byłem jak wór pełen wody wyrwany z oceanu
Jak wielka tocząca się kropla łzy
Rosłem w waszej pamięci
będąc coraz mniejszym
aż wytarłem się na krawędzi wspomnień
i tkwię w oddali jak czerwony karzeł
beznadziejnie skurczony
Czekam powodzi
chce tonąc
To niezła myśl rzygnąć
z półmartwego ciała
całym bólem
niech ratują
niech wypompują mnie jak brudny staw
niech szukają we mnie iskry życia
Będę tymczasem stal obok
zobaczę ile czasu mi dadzą
aż krzykną
umarł
A potem zakwitnę chryzantema
gdzieś w obcej ziemi
i odejdę na zawsze.
Leniwie bez pośpiechu odchodzą z plaży Oni
zostaję sam oraz
miliardy ziaren
świadczących o kruszeniu skal
Sączę powoli woń ryb
jestem ja
tylko ja i ameba wyrzucona na brzeg
Dwie istoty
dwie klamry spinające dzieło ewolucji
Oni odeszli
ameba paruje
wysycha w słońcu i po chwili
jest już mała chmurą
Jod skleja mi powieki
przez moment jestem muchą w kropli bursztynu
chwilę potem
w samotności wędrującą nadmorską wydmą
Tak trwam
czekam deszczu by nie wyschnąć
nie być chmurą jak ona
jedyną żywą istotą
gdy odeszli oni.

Urodziłem się dnia 8 marca 1954 roku w Cieszynie, w przepięknym beskidzkim miasteczku, leżącym na granicy Polski i Czech. Cale dzieciństwo i wczesną młodość spędziłem jednak w Warszawie, gdzie na przełomie lat 60 i 70 byłem świadkiem ważnych wydarzeń społeczno - politycznych. (...)
© Copyright by Andrzej Lewicki
Fred Goldstein (poezja) | Elżbieta Lipińska (poezja) | forum. haiku.pl | Jacek Margolak (haiku) | Magdalena Banaszkiewicz (haiku) | Rafał Zabratyński (haiku) | Jerz (haiku) |