poezja.exe.pl - Iwona Danuta Startek


poezja
STAT4U

stat4u

wiersze



czerwone latarnie

dziś w nocy
świecą czerwone latarnie
   aż do znużenia
a kiedy odchodzisz
w chłodny świt
gaszę latarnie bezużyteczne
do kolejnego zaćmienia
gdy znów światło zwabi
   ciężkie ćmy


jeśli chcesz wiedzieć

za te ważkie interesy i sprawy
na osobnych planetach priorytetów
nocne nierozmowy gdy milcząc
będziemy wspominać osobną przeszłość
i te minuty godziny wyżebrane oddane
za kęs wspólnej przestrzeni
za haust powietrza

za irytacje perturbacje zapomnienia
dziwne podziały na schowki i pudła
o które się będziemy potykać
lawirowanie między rozsądkiem
a niemożnością ustalenia granicy
ciszy i rozmowy
za którą bylibyśmy jak manekiny na wystawie
jednakowi obliczalni przewidywalni

za to wszystko co nas dzieli
ustawiając w szeregu banalnych historii
zrodzonych z nieporozumień

za to cię znienawidzę

a poza tym
będę szczęśliwa


Sonet majowy

Dmuchawce tracą lekkie korony,
ich czas panowania kończy się w maju.
Ostatnie berła na kierownicy
roweru chłopiec wiezie. Sypie się

za nim puch siwą smugą. Bielinki
na wiotkich skrzydłach unoszą zapach
konwalii. W kącie kurze matrony
przymknęły po jednym złotym oku.

Niosą się w liściach pieśni lęgowe,
spośród ukrycia zdradliwe arie.
W zielonym gąszczu bez wychylony
wzrok przykuwa głębią fioletów.

Cień skrzydeł szerokich na powieki
napłynął bezszelestnym zaćmieniem.



niedziela

niedzielny sierpień pachnie gruszkowym kompotem
sennie chłodzi się w dzbanie owocowe lato
czerwone mirabelki turlają się z dachu
dziki powój otwiera kielichy pod płotem

bociany się gromadzą przed rychłym odlotem
nad ścierniskami wrony kołują i kraczą
na łąkach przeżuwają dostojne Łaciate
letnicy odjeżdżają czerwonym peugeotem

poświęcony dzień Pański od samego rana
kogut zapiał na jutrznię pobudkę świąteczną
ktoś przeszedł ścieżkami może Ten znad Jordanu

rozdzwoniły się wieże łzą metafizyczną
ponad chmurami złotą zasłonę wieczoru
w górę unosi szara godzina nieszporów



w Stambule pada śnieg

na starych pocztówkach miasta
są zawsze piękniejsze
kałuże na brukowanych ulicach
odbijają słońce a szczęśliwe
koty rozciągają grzbiety na parapetach
malownicze zaułki pod zasłoną bluszczu
budzą ciekawość
stare bramy świadczą o tętniącym życiu

błotniste targowisko architektoniczna egzotyka
dociekliwym obserwatorom
dają złudzenie badania przeszłości
innego świata z którym nie mają nic wspólnego
jak archeolodzy czytają kolejne tabliczki
z tajemniczym piśmie klinowym
gdzieś zapisana tu historia zaginionego świata
Sumerów a może jeszcze dawniejszej cywilizacji
jak z dawnych eposów

stare pocztówki czarno-białe fotografie
z fizjonomiami nieznanych ludzi
ktoś siedzi na ławce w parku
ktoś inny zamarł przy kiosku kupując gazetę
wszechobecny hűzűn drwi sobie
z ambicji wiecznego trwania
po drewnianych rezydencjach najtrwalsze
wspomnienia pozostawił trawiący je ogień
powtarzany w legendach i domowych opowieściach
nawet cmentarze mają pamięć krótkotrwałą

w Stambule pada śnieg



Złotnik

wędruje Złotnik przez ogród
z palców sypie złoty kurz
wiotkim dziurawcem kołysze
   ściele się słoneczną mgłą

   konchy tulipanów zamyka
   z pachnącym brokatem snów
   wieczorami zatrzaskuje drzewa
   jak smugi podniebnych rzęs

   z czterech stron przyczajone noce
   gaszą księżycowy blask
   kurczą się wszechświata granice
   latarnicy spadają z gwiazd

   leżąc nieczuli obok siebie
   na próżno wytężamy wzrok
   w ciałach naszych zmienionych w cienie
   powoli dopala się żar

   i trwa umieranie


wyznanie filozofa

u schyłku życia z wyrokiem śmierci
żałuję tylko że nie pamiętam
wierszy czytanych przelotnie
dla krótkich chwil pocieszenia

rozum podąża ścieżkami
przetartymi przez wyobraźnię
nie znajduje nigdy dróg innych
niż te nazwane wrażliwością poetów
istota ludzka nabywa człowieczeństwa
im więcej pamięć jej
zapełniona wierszami

u schyłku życia z wyrokiem śmierci
mam na wargach starożytne strofy
najczęściej cytowane wersy
bogom dzięki że dni swój koniec mają


pamięć

w uchyleniu okna kot stanął bezszelestnie
noc skrada się zielonym światłem przypomnienia
w blasku księżyca drzewa szumią o pokrewieństwie
najdalszych planet o nieznanych imionach
wiedzę czerpią korzeniami z pokładów ryniofitów
pod kruchą skorupą bazaltowa pamięć wre i kipi
jesteśmy za młodzi istniejąc od sześciu godzin
by zrozumieć mowę kosmicznego pyłu
ślepi bardziej niż krety w egotycznych korytarzach
istniejemy w decybelach widniejemy w halogenach
a noc skrada się w czarnym futrze kota
jak chwila z przeszłości której nie pamiętasz
w kwadracie okna pozostała zaklęta


jak fioletowe surfinie

jeśli usunąć zwiędłe kwiaty
jak wyblakłe bluzki i spódnice z tetry
malowane domowym sposobem
jeśli uwolnić od przymusu owocowania
zakwitną znowu jak pierwszy raz
nie zauważając upływu czasu

pani wciąż kwitnie - powiedział lekarz
gdy pytała czemu nie może
ogarnąć rozsypujących się włosów
i powstrzymać rumieńca na twarzy

z metryką zgubioną na dnie szuflady
zdradzane i kamienowane
kobiety jak fioletowe surfinie
pięknieją na tarasach
strząsając z ud zwiędłe płatki
przebrzmiałych miłości
nie zatrzymując na dłużej nikogo
niczego nie pragnąc
nie gromadząc w skrzyniach pamiątek
nie zatrzaskując zdjęć w albumach

przeglądają się w lustrach
tajemnicze i niezdobyte
chociaż wcale nie uciekają od życia
ani rozmowy
uważają że tak niewiele
można powiedzieć o sobie
gdy się żyło tylko jeden raz


kiedy jesień

kiedy jesień rozpala drzewa
zdmuchując z gniazd ptaki
wrzucam do ogniska stare listy
i adresy oderwane od osób
odlatują podniebnym szlakiem
twarze jak klucze żurawi
z przestrzeni zżętych pól
powracają tęskniące źrenice
pod melancholijną leszczynę
szumiącą coraz ciszej
nie przepraszam za milczenie
pustych gniazd i ciemniejący horyzont
nie czekam już na listy
kolejny raz starłam kurz
z pocztowej skrzynki
chociaż zgubiłam do niej klucz
nie przepraszam
tak dobrze jest milczeć
w głośnych decybelach cykad
i patrzeć jak spadają liście


haiku




cisza
złamane drzewo
po wichurze



zamykam drzwi
zostaliśmy sami
Buxtehude i ja



wszędzie biało
spijam śmietankę
z czarnej kawy



kartoflisko
w siwych smugach dymu
zapach jesieni



czerwiec
w zielonych łanach zbóż
drżące maki



żonkile
w kącie ogrodu
coraz jaśniej



zima w borze
posiwiały na sosnach
brody porostów



jesienny wiatr
szelest liści opada
na ziemię



po nocnej ulewie
we wszystkich kałużach
wschodzące słońca



aleja bzów
gdzieś ulotnił się
pośpiech




Iwona Danuta Startek

Nałogi: poezja, muzyka klasyczna, opera, kawa (kolejność dowolna).
Miłośniczka twórczości Homera i Teodora Parnickiego (oraz setki innych Wielkich).
Nieznająca umiaru w nocnym czytaniu i słuchaniu muzyki, dlatego często niewyspana. 

Tomiki poetyckie: Poziom trawy (Biłgoraj 1997), Dotknięcie nieobecności (Liege 2004)
I nie wiadomo... (Biłgoraj 2005), Siedem świtów (wspólnie z Lidią Startek, Biłgoraj 2006).


© Copyright by Iwona Danuta Startek

 



AKTUALIZACJA