poezja.exe.pl - Jan Kalina


poezja
STAT4U

stat4u

wiersze



między kciukiem a obłokiem

gdy do szklanki wpada słońce
pól skoszonych letni stróż
gdy na dłoni i pod dłonią
mknie po szynach srebrny pociąg
kiedy motyl gra na trąbce
                ty w samolot
                papierowy list mój złóż

tam gdzie wieża bliżej nieba
i w kałuży brodzi ptak
gdzie spienionych fontann pająk
drży a smuci się mój anioł
gdzie pod murem cicho śpiewa
               przygarbiony
               już jesienny ludzki strach

tam się budzi we mnie rośnie
jak roślinka wciąż się pnie
coraz wyżej coraz ciaśniej
tam z łodyżek tka przepaskę
i na skórze tegorocznie
              jak na listku
              białą nitką błyska nerw


biała piosenka dla Elizy

grudniowe noce, lepki śnieg
uderza w szyby - ciche granie
to wiatr za oknem toczy mgłę
to pył srebrzysty, srebrna zamieć
autobus skręca, jedzie gdzieś
gdzie mnie nie będzie, w dobre kraje
to płatki tylko, tylko śnieg
i bosy chłopiec - święty grajek

chłopczyku mały! otrzyj łzy
nie dla nas podróż, drogi bilet
więc razem chodźmy: ja i ty
w tę noc grudniową, w miękką chwilę
i cóż, że zimno, księżyc zły
ponurą do nas stroi minę
we dwóch przejdziemy: ja i ty
przez park uśpiony, poprzez zimę

XII 1999


wierszyk nr 11

to tak jak gdyby tamten lipiec
znużoną łodzią popołudnia
przypłynął do mnie i na szybie
tę miłość naszą lnianą utkał

ja wiem to potok tylko pluszcze
czerwonych krwinek któraś fala
w krainie dalszej o twój uśmiech
ogniska źrenic chce zapalać

łopocze zboże można słyszeć
zaryglowane serca myszek
w krainie dalszej o twój uśmiech
prawdziwe niebo bywa lustrem

nad którym wierzby młode stoją
na przekór czasom niepokojom
nad którym anioł wisi jeszcze
ze skrzydłem wpiętym w czyjeś wiersze

22 stycznia 2001r


* * *

jezioro jest okiem ziemi
a rzęsy chowają ptaka
czemu do mnie się skradasz
i falą strugasz tatarak
brzegu

zaparzyłem już miłość
rozwinąłem malinowe chmury
cóż mi kiedy woda rozmyła kontury
ciszy i kawałkami burzy
prószy

ty jesteś miodowa herbata
i łąką zaplątana w owadach
a ja jeśli jestem to tylko
klątwą wepchniętą pod strumień
piaskiem na bucie pejczem powietrznym 
piołunem 

1 lutego 2001


dziewczyna

do łyżki nie wrócę i do dłoni także
zręcznie odtrąconej przez słonego ptaka
twojego honoru który w dziupli gardła

mieszkał bardzo długo że chyba od zawsze
był z nami czuwając nad gwarancją tekstu
ten sługa potulny a bezpieczny cenzor

listy które słusznie pominąłem stygną
w lokalach rozsądku zamknięte życzliwie
być może ponownie komuś je napiszę

sygnując niedbale choć przecież z niezwykłą
precyzją odmierzam czas spędzony bez nich 
tak chytrze pokorny a de facto pewny


spowiedź

tam gdzie spojrzenie wnika bardziej w głąb
i wnika człowiek jeśli niebem jest
gdzie noc źrenicy zmartwychwstaje w dzień
tam uciekałem aby wybiec stąd

tam dotykałem seraficznych ust
konno półmrokiem pośród bujnych traw
na świetlnym siodle ujeżdżałem czas
tam uciekałem aby nie być tu

tam gdzie pod dłonią mleczna karmi pierś
a miód na rzece bywa sokiem dnia
tli się jutrzenka w naszych dobrych snach
tam uciekałem aby zmylić śmierć

17-19 sierpnia 2000r


Piosenka dla moich zamkniętych oczu

Zawiało załkało zagrało i trwa
Zielona pogoda żaglami rwie maszt
Podnoszę kotwicę by płynąć by gdzieś 
Przed siebie przed siebie przed siebie mnie nieś
Zawiało załkało zagrało i już
Tak uczta ostatnia a w dłoniach jej nóż
Przed siebie przed siebie przed siebie go nieś
Na słowa na wodę na niby na śmierć

Podpłynie pod żebro a z żebra jest wiatr
Łódeczka maleńka na fali wśród fal
To gaśnie to pryska to wali się w noc
Daleko daleko daleko nasz port
Podpłynie pod żebro a z żebra jest brzeg
I sztylet jak przypływ zanurzy i pchnie 
Daleko daleko daleko nasz port
Na słowa na wodę na niby na sztorc

19 lutego 2001


pytanie zwrotne

i tak nas niewiele, że i prawie nie ma
na piasku twej stopy odciśniętej w chwili
gdy magik strudzony nad wyspą się schylił

aby kroplą tęczy rozbełtany letarg
wlać w oko ziemi, ha! taki groźny obrys
brwi nad książką lasu jak ręka budowli

jak prawo wstrzymane poprzez nieobecność
potencjalnych sprawców, więc może jesteśmy
jakimś sądem własnym lub ławą przysięgłych

i pewnie nas zmorzy nazbyt wczesna senność
gdy przyjdzie obwinić, rozgrzeszyć, wyjaśnić
więc może nas nie ma zupełnie - i sankcji


* * *

że popołudnie przejdzie w wieczór
że nad głowami jeszcze sen
zielony tasak czasu ostrzy
że odnajduję nas w człowieku
w spektaklu skóry belce kości
po prostu wiem

że wiatr speszony domknie okno
że mleko kobiet aż do warg
cieniutkich dziecka zsunie ciepło
i że popłynie białą kroplą
z radości twojej tak jak lekko
opada kwiat

ode mnie łomot kartek bezruch komory krótki skurcz i skowyt 
zza góry złotej brzytwy deszczu ścinają coraz cieńsze włosy
i kwiat w kałuży rozdeptany na garstkę tylko 
ogrodniczko zaczekaj chwilę a popłynę 
na bakier jaźni i przeciwko samemu sobie
po raz któryś przegrodzę prawdę świetlnym murem 
niezrozumiałym jak czekanie


Epitafium

dwudziestojednoletni tydzień tak właśnie
koniec periodyzacji zastał mnie nad tobą

więc idę już dojrzałe kipią w sadach wiśnie
a mięty (lub rumianki) eterycznie wioną

jest jeszcze oko i trwa krajobraz z pamięci
jak ta wyliczanka powtarzany zwięźle

czy wystarczy nam miejsca w pogodnym edenie
nad rzeczułką stroskaną czy cię spotkam jeszcze 



 Jan Kalina

Jan Kalina urodził się 14 stycznia 1980 roku w Kielcach i od tej chwili mniej lub bardziej szczęśliwie tam przebywa. Obecnie zaocznie studiuje prawo na Uniwersytecie Wrocławskim, a także pracuje tu i ówdzie. Z rzeczy przyziemnych uwielbia spaghetti; z sytuacji: "święty spokój". Jest urodzonym śpiochem i uważa to za swoją największą wadę. Na szczęście prawie każdej nocy trafiają mu się niebanalne projekcje własnej produkcji. Otaczającą go rzeczywistość ocenia negatywnie, lecz równie rozsądnie stawia jej niskie wymagania. Główne przymioty to chroniczny asekurantyzm oraz wrodzone poczucie niepewności. Od niedawna zaczął pracować nad swoim charakterem. Wierzy, że może być troszkę lepszy.


© Copyright by Jan Kalina

 



AKTUALIZACJA