gdy do szklanki wpada słońce
pól skoszonych letni stróż
gdy na dłoni i pod dłonią
mknie po szynach srebrny pociąg
kiedy motyl gra na trąbce
ty w samolot
papierowy list mój złóż
tam gdzie wieża bliżej nieba
i w kałuży brodzi ptak
gdzie spienionych fontann pająk
drży a smuci się mój anioł
gdzie pod murem cicho śpiewa
przygarbiony
już jesienny ludzki strach
tam się budzi we mnie rośnie
jak roślinka wciąż się pnie
coraz wyżej coraz ciaśniej
tam z łodyżek tka przepaskę
i na skórze tegorocznie
jak na listku
białą nitką błyska nerw
grudniowe noce, lepki śnieg
uderza w szyby - ciche granie
to wiatr za oknem toczy mgłę
to pył srebrzysty, srebrna zamieć
autobus skręca, jedzie gdzieś
gdzie mnie nie będzie, w dobre kraje
to płatki tylko, tylko śnieg
i bosy chłopiec - święty grajek
chłopczyku mały! otrzyj łzy
nie dla nas podróż, drogi bilet
więc razem chodźmy: ja i ty
w tę noc grudniową, w miękką chwilę
i cóż, że zimno, księżyc zły
ponurą do nas stroi minę
we dwóch przejdziemy: ja i ty
przez park uśpiony, poprzez zimę
XII 1999
to tak jak gdyby tamten lipiec
znużoną łodzią popołudnia
przypłynął do mnie i na szybie
tę miłość naszą lnianą utkał
ja wiem to potok tylko pluszcze
czerwonych krwinek któraś fala
w krainie dalszej o twój uśmiech
ogniska źrenic chce zapalać
łopocze zboże można słyszeć
zaryglowane serca myszek
w krainie dalszej o twój uśmiech
prawdziwe niebo bywa lustrem
nad którym wierzby młode stoją
na przekór czasom niepokojom
nad którym anioł wisi jeszcze
ze skrzydłem wpiętym w czyjeś wiersze
22 stycznia 2001r
jezioro jest okiem ziemi
a rzęsy chowają ptaka
czemu do mnie się skradasz
i falą strugasz tatarak
brzegu
zaparzyłem już miłość
rozwinąłem malinowe chmury
cóż mi kiedy woda rozmyła kontury
ciszy i kawałkami burzy
prószy
ty jesteś miodowa herbata
i łąką zaplątana w owadach
a ja jeśli jestem to tylko
klątwą wepchniętą pod strumień
piaskiem na bucie pejczem powietrznym
piołunem
1 lutego 2001
do łyżki nie wrócę i do dłoni także
zręcznie odtrąconej przez słonego ptaka
twojego honoru który w dziupli gardła
mieszkał bardzo długo że chyba od zawsze
był z nami czuwając nad gwarancją tekstu
ten sługa potulny a bezpieczny cenzor
listy które słusznie pominąłem stygną
w lokalach rozsądku zamknięte życzliwie
być może ponownie komuś je napiszę
sygnując niedbale choć przecież z niezwykłą
precyzją odmierzam czas spędzony bez nich
tak chytrze pokorny a de facto pewny
tam gdzie spojrzenie wnika bardziej w głąb
i wnika człowiek jeśli niebem jest
gdzie noc źrenicy zmartwychwstaje w dzień
tam uciekałem aby wybiec stąd
tam dotykałem seraficznych ust
konno półmrokiem pośród bujnych traw
na świetlnym siodle ujeżdżałem czas
tam uciekałem aby nie być tu
tam gdzie pod dłonią mleczna karmi pierś
a miód na rzece bywa sokiem dnia
tli się jutrzenka w naszych dobrych snach
tam uciekałem aby zmylić śmierć
17-19 sierpnia 2000r
Zawiało załkało zagrało i trwa
Zielona pogoda żaglami rwie maszt
Podnoszę kotwicę by płynąć by gdzieś
Przed siebie przed siebie przed siebie mnie nieś
Zawiało załkało zagrało i już
Tak uczta ostatnia a w dłoniach jej nóż
Przed siebie przed siebie przed siebie go nieś
Na słowa na wodę na niby na śmierć
Podpłynie pod żebro a z żebra jest wiatr
Łódeczka maleńka na fali wśród fal
To gaśnie to pryska to wali się w noc
Daleko daleko daleko nasz port
Podpłynie pod żebro a z żebra jest brzeg
I sztylet jak przypływ zanurzy i pchnie
Daleko daleko daleko nasz port
Na słowa na wodę na niby na sztorc
19 lutego 2001
i tak nas niewiele, że i prawie nie ma
na piasku twej stopy odciśniętej w chwili
gdy magik strudzony nad wyspą się schylił
aby kroplą tęczy rozbełtany letarg
wlać w oko ziemi, ha! taki groźny obrys
brwi nad książką lasu jak ręka budowli
jak prawo wstrzymane poprzez nieobecność
potencjalnych sprawców, więc może jesteśmy
jakimś sądem własnym lub ławą przysięgłych
i pewnie nas zmorzy nazbyt wczesna senność
gdy przyjdzie obwinić, rozgrzeszyć, wyjaśnić
więc może nas nie ma zupełnie - i sankcji
że popołudnie przejdzie w wieczór
że nad głowami jeszcze sen
zielony tasak czasu ostrzy
że odnajduję nas w człowieku
w spektaklu skóry belce kości
po prostu wiem
że wiatr speszony domknie okno
że mleko kobiet aż do warg
cieniutkich dziecka zsunie ciepło
i że popłynie białą kroplą
z radości twojej tak jak lekko
opada kwiat
ode mnie łomot kartek bezruch komory krótki skurcz i skowyt
zza góry złotej brzytwy deszczu ścinają coraz cieńsze włosy
i kwiat w kałuży rozdeptany na garstkę tylko
ogrodniczko zaczekaj chwilę a popłynę
na bakier jaźni i przeciwko samemu sobie
po raz któryś przegrodzę prawdę świetlnym murem
niezrozumiałym jak czekanie
dwudziestojednoletni tydzień tak właśnie
koniec periodyzacji zastał mnie nad tobą
więc idę już dojrzałe kipią w sadach wiśnie
a mięty (lub rumianki) eterycznie wioną
jest jeszcze oko i trwa krajobraz z pamięci
jak ta wyliczanka powtarzany zwięźle
czy wystarczy nam miejsca w pogodnym edenie
nad rzeczułką stroskaną czy cię spotkam jeszcze

Jan Kalina urodził się 14 stycznia 1980 roku w Kielcach i od tej chwili mniej lub bardziej szczęśliwie tam przebywa. Obecnie zaocznie studiuje prawo na Uniwersytecie Wrocławskim, a także pracuje tu i ówdzie. Z rzeczy przyziemnych uwielbia spaghetti; z sytuacji: "święty spokój". Jest urodzonym śpiochem i uważa to za swoją największą wadę. Na szczęście prawie każdej nocy trafiają mu się niebanalne projekcje własnej produkcji. Otaczającą go rzeczywistość ocenia negatywnie, lecz równie rozsądnie stawia jej niskie wymagania. Główne przymioty to chroniczny asekurantyzm oraz wrodzone poczucie niepewności. Od niedawna zaczął pracować nad swoim charakterem. Wierzy, że może być troszkę lepszy.
© Copyright by Jan Kalina
Fred Goldstein (poezja) | Elżbieta Lipińska (poezja) | forum. haiku.pl | Jacek Margolak (haiku) | Magdalena Banaszkiewicz (haiku) | Rafał Zabratyński (haiku) | Jerz (haiku) |