poezja.exe.pl - Marek Plisiecki


Marek Plisiecki
STAT4U

stat4u

wiersze



Zielony drwal

Zielony drwal
je mięso ze zmęczenia.
Zielony drwal
szanuje liście drzew.
Zielony drwal pokrywa się zielenią
i patrzy jak migocze żółty cień.

My nie spotkamy się wśród stuku złych toporów.
Miękkością kory utulimy się do snu.
Wyschniętej krwi uderzy pusty poryw,
by się napełnić kolorami naszych ust.

Słowo przeniknie żyłki liścia,
pnie nas otoczą wonną chwilą
na czas letniego zmierzchu przejścia.

Bo wtedy miłość się nie myli
gdy wróżb korzenie przywrą do nóg
i szał zabłyśnie wokół ciszy
zapytywaniem o moc ostrza
które w wędrówce się nie chwieje.


Wielka Niedźwiedzica

Leżę na niedźwiedziej skórze
przybitej gwoździami do nieboskłonu.
Zawrót głowy przypomina o szalonym locie,
gdy ziemia wiruje szybciej i szybciej
i futro wtula się w nozdrza
wśród księżycowych marzeń.

Leżę na wielkiej niedźwiedzicy
milczącej i nieruchomej
co szerokością ciała wzywa
bym dotknął piersi wyprostowaną ręką.
Zapadłem w leśną głębię
i wypiłem wiele wody ze strumienia
otulony brunatnymi liśćmi
jak drewno.

Miód i jagody przyniosę
nienasyconej szafarce skradzionych uciech.
Skąd we mnie tyle skarbów i dóbr
pożądania przy bezruchu
i braku senności podczas zasypiania.


Kolacja

Jadłem kolację w restauracji "Moment".
Nagle zadźwięczał telefon. Dzwoniła
śmierć.
Ktoś zamówił sałatkę z tuńczyka
i avocado. Ktoś upił się winem
a w hałaśliwym przejściu do ogródka
mignęła postać w kolorowym płaszczu.

Płonęły świece. Dzień dobiegał końca.
Odorem resztek nagle zapachniała
blaszana płyta pod gorącym garnkiem.

Zszedłem po schodach. Nie słyszałem kroków
choć mnie mijała grupa młodych ludzi
wonnych i dźwięcznych jak sklep z koszulami.

A w głównej sali zrobiło się cicho.
Drobna kobieta dyskretnie podeszła
do krzesła, w które wcisnęła chusteczkę
by ukryć wilgoć zdjętą z twarzy. Potem
sięgając ręką, na moje spojrzenie
mocniej wcisnęła policzek w słuchawkę.


Wandea

Pluszowy piasek wspomina muzykę.
Loże teatru kryją czerń papieru
spalonych książek. Milczy wybaczenie.
O broń i konia woła wierny markiz
w śnie o Wandei, zemście i galopie.
Pocisk rozpaczy, który skupia pióra
strzały lecącej ku zniszczonym polom.
Szuański olbrzym spala całą przeszłość,
złotą niezgodą pijany jak winem;
pośród konwulsji honor swój odsłania
w prostym dramacie pękniętego serca.

Śni sen ostatni, sen przed załamaniem
gdy rozpacz jeszcze w śmierć się nie przemieni.
Bretońskie skały wskazują na krzyże
gotyckich katedr wśród kamiennych kręgów.
Nadzieja wlała się w kielich przeszłości,
aktorzy toast spełnili i wyszli.
Prawdę ponieśli, która w nich została
gdy powrócili do bujnej pamięci.


Obraz

Na małej ścianie
wisi duże płótno.
Udany fresk przysłania dziurę w tynku
zrobioną przez umyślny gwóźdź.
Błędne koło pożądania
zbudowało ogrom katedry
by się rozszerzyć i uwięzić zarazem.
Tylko jedna kaplica drwi z potęgi,
a obraz tłoczy się w mniszej celi.
Jak sztucznie - mówi -
wyglądam wlepiony w ścianę,
którą tylko skaleczyłem.
Jak udatne jest połączenie
ciemności i koloru.
Zapal w końcu świecę.
Chcę ci się ukazać
i obrazić cię wizją cierpienia.


Templariusz

Prędko noc nie nadejdzie, oczy patrzą do tyłu,
przykuwając do srebra wielu mis chustę czarną.
W spojrzeniu widać wieki, ale wciąż nie jest martwe.
Widzę prawdę przejrzystą pod okryciem przegniłym.

Głowę, która przemawia, znienacka zobaczyłem
gdy przekuła się w kruka pod całunu kowadłem.
Długim lotem przez prerie czyta księgi zawartość,
którą wiecznym trzepotem sny kaktusów stworzyły.

Pod czarnymi skrzydłami pierzchnął wzwyż ogrom słowa
zataczając się jakby chyboczącym pożarem.
Odurzona chustami wymykała się głowa

plamiąc martwym spojrzeniem srebro krain prastarych.
Cień rysuje biegnący krzywą linią po rowach
nim oczyści się ziemia czernią z nieba strącaną.


Wypadek

Wspominał każdy szczegół 
gdy stawiał na stole kosze z owocami. 
Zawsze w drodze do pracy 
przechodząc przez jezdnię
uczył się dawnego zdarzenia 
jak prawdy na zawsze. 

Lecz nie mógł zapamiętać, 
że rozsypane na jezdni owoce 
pomogły w pracy policjantom. 
Nie tak dawno jedli razem jabłka. 
To naprawdę była jej twarz.


* * *

Maleńkie żyjątka pozostały w nas.
Drżą, wymieniając myśli i dreszcze.
Demaskują naskórek naszej wiedzy
i rozbicie wewnątrz.
Jesteśmy nieudolnymi władcami,
a nie królami litych tronów.
Rozpływamy się w dół,
zasypani proszkiem nieba.
Wzbijamy się ku gwiazdom
patrzymy przez zwierciadła
i odbijamy się od księżyca.
Ogień na dole
usuwa ziemię
męcząc nogi włóczone przez pustynię.


* * *

Tropisz mnie, martwy lisie, a ja jestem zającem
celtyckie czarownice uczyły mnie kryć się w ziołach.
Nie przegonię strzały, choć mogę zbudować most
między kolejnymi progami strzał wielu.
Twoje futro to symbol bogactwa
i nawet oczy ci zachowano dzikie
faszerowane złotem jak groty strzał.
Czemu ukrywasz swoje łapy, gdy bawią się kołnierzem
młode damy spragnione wiedzy o dostojeństwie?
Chcesz mnie zabić wspierając się na kamiennych progach
i wbijając swój pęd w trawę
która może być moim wilgotnym schronieniem.
Uczysz mnie skakać w górę, na szczyt przeznaczenia
by memu lotowi nadała majestat twa żądza mordu.
Nie nauczysz mnie wszystkiego. Nie nauczysz siły skoku
opartego o wstydliwą ciemność ziemi.


JESIEŃ NA WSI

Późne lato.
Słup telegraficzny podpiera gałąź.
Dach osłania czernią szczeliny pełne próchna.
Skrzyżowane pożarło, bosak i rwacz.
Jabłka zielone spadają w trawę
a żółte pokrywają się rumieńcem.

Czarna ziemia pnie się wymiecioną ścieżką
blaknie wśród kurzych biegów, wylanych misek
i nagłego zimna, które zamieni ją w biel.
Teraz jeszcze sad ciemnieje zielenią
grube gałązki bzu ciążą zapachem
a wokół kwiaty szykują kolory dla świtu.

Szyba w drewnianych ramach nie przetrwała
uderzenia zamykanych przed burzą okiennic.
Pęknięcie zmienia obraz na szybie
- firanki i doniczki. wspominam jak przez łzy.



Marek Plisiecki

Urodziłem się w 1963 r. pod znakiem Byka. Przez ostatnie miesiące starzeję się gwałtownie, lecz jeszcze niedawno łatwo mnie można było uznać za osobę przed trzydziestką. Moje tzw. umiejętności życiowe, a także masa ciała i zainteresowania - i tak nie pozwalają dać mi więcej niż 17 lat.

Pewnego typu wrażliwość pozwala mi na łatwy psychiczny kontakt z ludźmi o wysokiej inteligencji, zwłaszcza tymi, którym inteligencja przeszkadza w codziennym życiu. Mój IQ mieści się z pewnością w granicach normy (sprawdzałem!).

Moje wiersze to smutki i nadzieje, pełne magicznych (często nielogicznych) skojarzeń, kontemplacji symboli, które miło mi trzymać w świadomości, a także ruchu, mającego wyrazić emocje. Czasem wychodzi ciekawy i spójny obraz, a czasem skrótowa, nieczytelna dla innych notatka. Może to dlatego że mój sposób notowania wykładów, podręczników itp. miał służyć tylko szybkiemu przypomnieniu sobie o czymś, nigdy dokładnemu streszczeniu.

Poezję rozumiem jako:

- magiczne szukanie Obrazu Głębokiego, który się pojawi po dostatecznym przekształceniu Obrazu Początkowego ("Wandea", "Templariusz", "Zielony drwal", "Tropisz mnie, martwy lisie...")

- zaskakiwanie Ujawnieniem Tajemnicy, tak by czytelnik dopiero w trakcie czytania albo na końcu domyślił się, o co chodzi - a przedtem ma mu to nie pasować! ("Kolacja", "Wypadek", "Obraz", "Tropisz mnie, martwy lisie...") 

- wielokrotne Powtórzenie Tego Samego, żeby poczuć bogactwo wspólnego motywu np. dwóch opisów przyrody lub zbieżność dwóch niby różnych tematów ("Maleńkie żyjątka pozostały w nas...", "Jesień na wsi")


© Copyright by Marek Plisiecki

 



AKTUALIZACJA