białe wiersze Marka Sztarbowskiego


Marek Sztarbowski
STAT4U

stat4u

wiersze



podróż

o matko! autobus szarpie ta z brzuchem w końcu
znalazła miejsce na czyichś kolanach
szyby zaparowanym szeptem coś o deszczu
nie słucham myślę żeby już dojechać au
tobus szarpie

...czego ty właściwie chcesz człowieku?
mógłbym wpaść w przepaść rozbić się o drzewo
połknąć bombę przełamać punkt o dwunastej
albo przez kwadrans skwierczeć z pełnym bebechem
tyle możliwości ilu dożyją wszyscy na świecie
a ty dziś tylko dojedziesz


ostatni dzień lata

cichy
nieruchomy
bardziej poważny
od starego kredensu
wyrzuconego na śmietnik obok
i muzyki Bacha z okna na ostatnim piętrze
suszył codziennie na ławeczce
to co z niego zostało
jak kiedyś w obozie przesiedleńczym
ryby nad Dnieprem
na czarną godzinę

ostatniego dnia lata
już dobrze pod wieczór
pijana dziewczyna
przebiegła nago przez podwórko
i zobaczyliśmy jak starzec ożywa
głośno rechocze
łapiąc się za serce
oddaje całe nagromadzone ciepło


człowiek

niedokończony pamiętnik w czarnej okładce
rozdział otwarty na
astrometria treści względem bezsensu

coś
od pokrzyku do poszeptu
dłuższe niż życie

ciało które stało się słowem


przedsionek

Znów ktoś przechadzał się po bursztynowej komnacie.
Jakże musi być samotna ta, z której sukni jasna muszelka
zsunęła się na pociemniałą od glonów posadzkę
i nikt się po nią nie schylił.
Zabrakło chętnej ręki, czy rękom zabrakło mięśni wyżartych przez sól?
Jak co dzień za bulajem parsknął niecierpliwie morski koń, słychać skrzypienie burt o sen,
a potem już nawet cisza
nie zapuszcza się za mną w głębie.


po rachunek

matematyk na oddziale chorych na raka
nie liczy jak inni
ile ciała mu ubyło odkąd tu trafił
wylicza po nocach ile musi go zostać
aby mógł stąd odejść

któregoś ranka
kiedy zna już rozwiązanie
życzliwa dłoń zamyka za nim powieki
jak drzwi uczelni


rzeka, boski przeciek

Noc przeszła księżycem, rzekę
i brzegi nasączyła zapachem tataraku.
O wschodzie do lśniącej łodygi zleciały się chmury,
ptaki i sarny, wielki łoś zanurzył w nurcie stary łeb.
Nasłuchując pulsujących w srebrnych żyłach ryb
mruczy szczęśliwy
bo wywróżył sobie jeszcze miesiąc życia.


skoki

chłopiec waha się na słupku
wreszcie plask! wśród salwy śmiechu
więc znowu słupek
dygot mięśni
plask! i gromki śmiech

jakby o niego żebrał
przeczuwając jesień
skok z mostu
po którym nikt się nie roześmieje


metalatem

ciężko zasnąć latem w wielkim mieście

latarnia wskrzesza potwory z DNA sufitu
wśród przekleństw nie chce zapalić samochód
drzwi windy chrzęszcząc oddychają
nieobecnością kroków montera

otwierają się i zamykają
kiedy metal rozprawia z plastikiem
o ucieczce stąd w rdzę
powietrze


popomidor

czerwień zimowego pomidora przeczy zdrowemu rozsądkowi

podchodzę do niego w absolutnej ciszy
gdy na desce do krojenia daleki od jakiejkolwiek wiosny
nie spodziewa się niczego

tępota noża kocha swoje prawa
ostrze przedziera kulistą pewność
świat pomidora
na dwa półpomidory
ćwiartki ósemki i szesnastki
pomidoroporodówek

niepodzielna reszta
międzygalaktyczna krew
nieoczekiwanie najważniejsza
w życiu pozagrobowym pomidora
burczy w czeluści
mojego brzucha


horror w Ł

Nic się nie stało w nadmorskim kurorcie Ł.
Nikogo nie zamordowali, nikt się nie powiesił,
zrozpaczony kochanek nie skoczył z molo do morza.
Mewy od świtu podkrążały uśpione oczy ulic, alejkami
parku nadciągała melancholia jesieni,
a ludzie mijali się ospale nie mówiąc sobie nawet dzień dobry.
Nic nie wydarzyło się w Ł i to było straszne.


wampiry z m

szaleństwo! szaleństwo!
zupełne szaleństwo

miesiąc temu zamordowana
pojawia się wieczorami
w naszym parku
wykręca diabelną dupeczką
mózgi
na zmysłową stronę

żeby
chociaż pięknie młodym
niechby
kawalerom namiętnym
ale dziadkom
wnusiów niewinnych?

człapie biedak za nią
jakby
zwierzę rzeźne
niczym
cebulę szczypiący
cały w łzach
bezwolnych

w najsmutniejszej alejce
co to
mur od cmentarza dzieli
katechetka klęka
przez słomkę sterczącą
duszę
wysysa z pacjenta
aż wargi otarłszy
o zerwany liść
śmieje się
i znika

i tylko zapach smolnych perfum
błąka się po alejkach
nad
stumanionym z odpiętym rozporkiem

lato jeszcze
tak pełne
a drzewa w parku bezlistne
i ptaki kwilą
odlecimy

teraz
kiedy starzy mężczyźni
usta mają pełne istnienia
Boga


nie pamiętam swojego imienia

było sobie nie kończące się na tak

podwiązki strumyka zgubionej w poszyciu
gdzie wiewiórki zdyszane biegną pod słońce
tocząc ku nocy pioruny kuliste jałowców
gdzie budzą się kształty niedźwiedzie
szepty szmery nazwane
owady poezji

i już kowal bezskrzydły zaplątuje się w mrok
obok dziwaczka widłogon spuszcza z tonu
bo nagi wioślak płynie z księżycem do wycinki sierpianki
stary warcabnik gra w szachy z pędrusiem
a na planszę wychodzi rohatyniec nosorożec
zażartka
zbrojec dwuzębny

było - nie było
i wszystko nagle nieważne

zatonęły imiona i szepty
jak chleb nad ranem w śnie
głodnemu na myśli


piąta klepka

         coś wyjęto z beczki
        i jest cięższa o coś

w przypadku kobiety czym wtedy będzie?

na pewno nie tańcem wielokątów w kwadratach szyb
nie ptakiem łatającym deszczowe chmury
czy drzewem zdumionym że bez nóg biegnie tak szybko do słońca
ani też olejkiem kamforowym który nie chciał wyparować na niewiernej żonie
a gdyby ktoś pomyślał że chodzi o pogłos sumienia w szyjce macicy to myli się również

 ż-aby?
    motyle - ile trzeba
         kitajec co nie mógł przeskoczyć własnych jajec
              pi-smak liczby 3.1415926... (mniam!)
                piryt irytowany przy próbach wydobycia
                  pitting ogarniający jak zmrok starców
                     pięknie pachnąca pita z syryjskiego pieca
                       chart któremu ogon zwisa jak carta non erubescit

- tego wszystkiego też nie należy brać w rachubę
a jeśli już co najwyżej do tańca
w hubę porastającą gałęzie dróg naszych obłędnych


o\

 oto Matylda O zapadła się w swoje o
w nieosiągalności innych liter
oddala się po wewnętrznym donikąd

próbując dociec sensu
po raz kolejny wraca w to samo miejsce

o jest złośliwie pozbawione możliwości ucieczki
lecz o
jest wyjątkowo potrzebne do budowania słów
które służą do układania zdań

zdaniami można uchwycić
kawałki sensu

Matylda O nie wiedząc o swojej roli w o
zatacza coraz częstsze koła zwątpień


Czas na mnie

No i umieram przyszedł na mnie czas
choć wsiadł dopiero w Seatle do autobusu
choć w Auckland jest już po wszystkim
Wyciągnął mapkę turystyczną i pyta gdzie właściwie jesteśmy
bo nie wie zupełnie jak stoimy z czasem a ja - jak dziecko
położyłem się na podłodze i wierzgam nogami charczę
nigdzie szmato nie idę chcę zostać choć raz sam
chodź raz sam...

        -9 h: Seattle
        -7 h: Chicago
        -6 h: Nowy Jork
        -5 h: Buenos Aires
        -4 h: Rio de Janeiro
        -1 h: Londyn
        +1 h: Helsinki
        +2 h: Erewań
        +7 h: Pekin
        +8 h: Tokyo
        +9 h: Sydney
        +10 h: Auckland


Obudził mnie stukot obcasików nade mną
leżę wyobrażając sobie jak może wyglądać moje Zbawienie
od nowa składam w myślach echo kroków w ciężar ciała
miarowość w długość nóg aż zaczynają dłużyć się we mnie
jak godziny dni i tygodnie
i nagle wiem że zabraknie mi do życia
tamtej plastikowej mapki -
protezy bez której nie potrafię wstać


rozdźwięki

abderyta
potomek kiczu

- - -

babsko
kobieta na wozie

- - -

cacany
chłopak cycuś

- - -

dada
myśleć nie da

- - -

eblis
muzułmański Legionista

- - -

F-dur
choroba muzyka F.


- - -

gable
młode grabie

- - -

hafcik
część orna męta

- - -

idiota
nie skończony bałwan

- - -

jakość
lepsza reszta

- - -

kacabajka
odzież pobalowa

- - -

lafirynda
syrena portowa

- - -

łacno
talent ok. 26 kg

- - -

macao
obleśne szachy

- - -

naczółek
kuku na muniu

- - -

obarzanek
rajski wężyk

- - -

ówcześnie
spóźnione o

- - -

padół
zmartwychwstanie

- - -

radlina
starczy nos

- - -

samotność
atom stada

- - -

śledź
ryba szpieg

- - -

tajniak
zimny drań wiosną

- - -

ubiorek
becik młodego upiora

- - -

wabik
bogate dziewczę

- - -

xenia
nagrobek teściowej

- - -

yorkshire
biały kruk kalumnii

- - -

zacisk
zgoda na podwyżkę

- - -

ździebko
rata czasu

- - -

żarłacz
rekin biesiadny


pierwszy wiersz

Adam, przyszły poeta Niedam
napisał wiersz. Zajrzał mu w uszy
i pod ogon, dezodorantem psiuknął,
nawet do sklepu wysłał po cukier.
Zleciały się ciotki i dalej radzić,
że przecinek by mu się przydał, tu
kropkę można usunąć, a tamtej,
broń Panie Boże, nie. Ani słowa
o tym co w wierszu. A przecież
tyle się nagłowił, tyle napoprawiał,
żeby w wierszu było o niczym.


miłość

tyle gwiazd gwiazd tyle
przez chwilę . przez chwilę


wstęp do rozwodu

noce i dnie nigdy pół na pół
zapach macierzanki i biel kwiatów
kwitnący sad którego nie będzie

syn nasz cały jeszcze bo maleńki
na czarno-białych fotografiach
pod lipą posadzoną w dniu kiedy się urodził

tylko pies wybrał od razu -
wył i wył do księżyca


buraczki

wiosna stanu wyjątkowego
waliła pałką po głowie
bez opamiętania

króliczku króliczku
szeptała
pochrzaniona

a ja cały w buraczkach
ja cały w podskoczkach

przez płotki
przez działki
przez płotki

od kotki do kotki!


zegar

któryś rok
odkąd - dokąd
odszedł ojciec

został po nim
odkąt - dokąt
zegar

mała literka
w sierocym życiu
nie czyni różnicy
pięknej sąsiadce

wspaniały zegar zachwyca się
jaka szkoda że nie chodzi

mija wieczór
noc i rano
odpowiadam

ojciec nie pozwolił
oddawać go do zegarmistrza

przyjdzie kiedyś
do ciebie kobieta
założy mu becik
i nauczy chodzić
na nowo


sonet

Ciepłą nocą pisałem sonet a w ogrodzie zakwitła lipa
i leciutko, jeszcze księżycowo, drżała listkami
w oczekiwaniu na pierwsze pszczoły.

Rano zamknąłem zeszyt
i odrywając od lipy ukwieconą gałązkę powiedziałem:

pozwól, że zachowam ją w wazonie jako cytat
tego, co nie pozwoliło nam dziś zasnąć.


robocza wiosna

spóźnia mi się wiosna tej wiosny
stęskniony namalowałem bociany
na suficie

leżąc na zielonym kocu
obserwuję wieczorami jak lecą
razem z tynkiem


małżeństwo pewnego matematyka

Zajmijmy się przez chwilę małżeństwem matematyka
tego co tak żonę obsypywał kwiatami w zimie
aż przyszła wiosna i nie cieszyły jej kwiaty
nudziła łatwo dostępna naturalność

już tylko
bzy pachniały za oknem
czeremchy czeremchy w wazonach drzew
śpiewał nocą wiatr
a matematyk nie mógł liczyć
by czeremchy i bzy w jego rękach podobały się żonie

Właśnie natknąłem się na niego
zerkając jak ukradkowo przytula na ulicy
uśmiechniętą dziewczynę w kwiecistej sukience
ho ho myślę sobie -
oto mam na widoku wspaniały przykład
małżeństwa do potęgi drugiej


echo

zawsze tak jest
idziemy Starym Miastem świeci słońce
nad nami ale w nas jaśniej król Zygmunt
mruży oczy patrząc w dół na rozjaśniony plac
podobno nie umiał mówić po polsku mówi
ktoś do kogoś i możesz mi ukradkiem szeptać
że mnie kochasz że zawsze będziemy razem
że nasze dzieci…

zawsze tak jest
że będzie już tylko gorzej idziemy Starym Miastem
starsi od niego król Zygmunt mruży oczy w deszczu
podobno nie umiał mówić po polsku szepcze
echo więc możesz mi teraz powiedzieć
dlaczego jak ja wracasz

sam


na lody idziemy bo cię nie ma

Upał. Ludzie spacerują po ulicach,
kupują lody. Tylu ich, że mogliby się umówić
i zlizać arktyczne lodowce, brać zimę
już tylko na języki, wspominając.

Nie byłoby zimy, nie byłoby wiosny,
tych wszystkich ludzi spacerujących po ulicach miast,
tak jak nie byłoby ciebie, gdybyś była przy mnie.

Nocą, śpiącą przy moim boku wspominałbym,
że tak mi ciebie brakowało, tak bardzo brakowało,
czekał, aż śmierć znowu nas rozłączy.


My baby just cares for me

Jesienią jest tyle czasu, kochamy się
z ust do ust przeciągamy spaghetti
kochamy się, długo, jesiennie, do rana
jest tyle czasu, puszczamy w mrok
'My baby just cares for me'
i kochamy się
'My baby just cares for me'
'My baby just cares for me'
'My baby just cares for me'
- głos Simone jedzie czosnkiem
- imbirem

'My baby just cares for me'
- czosnkiem
- imbirem

'My baby just cares for me'
'My baby just cares for me'
do rana jest tyle czasu


kwiatuszek

smukły stolik
obrus z rajskim ogrodem
róża
w porcelanowej klatce

mdlejące płatki płaczą czerwieniami

ostatni raz
chciałyby drapać otępiałe kolce

jak ciężko
          jak ciężko
                   jak ciężko

umierać w uśmiechach oczu
kiedy tych dwoje
sączy czas przez słomki


lu... cypel

Oczekiwanie ma w sobie coś z przyczajonego kota
i myszatego koloru. Od rana tonie
my w rozmowach, zatapiamy się
wzajemnie, bez litości.

Kiedy słońce pęka na pół, nasze pół
pogrąża się w morzu.
Wieczór wykrzykuje stadkiem mew, toniemy
w milczeniu i czekamy,

nie śmiemy jeszcze tak po prostu podnieść oczu
ale jutro kto wie,
kto wie


muzyczka

nuty ławeczek
wzdłuż parkowej alejki
bemol jednoskrzydły kupido

gałęzie drzew
rozpoczęły maj wieczornym agadżio
a dziewczyna z czarnym futerałem

znów mija mnie
jakby niczego nie słyszała


szkocka whisky

nie przeszkadza mi że wracasz coraz później
i wytykają mnie palcami sąsiedzi
skoro mają w domach to samo

przeszkadza mi że listonosz zapomniał imienia
i musiałem wydać pieniądze na nową tabliczkę

        kurwa i jan kowalscy


wiosna lato jesień zima

jeszcze się nie ciesz rozbitku

błękitne zatoki
kulisty spokój wzgórz

mogą
okazać się
ziemią ludożerców

- - -

melonieję!

pierwszy raz
za bardzo rozbiodrowana
zbyt wypukła
nie mieści się w garderobie doświadczeń

- melonieje szczebiocąc

- - -

kominek rozdziawił gębę
naprawdę
gorąco przejęty

że
we mnie ciągle chłód lata

- - -

ja nago w śnieg
a ty się trzęsiesz
(ze śmiechu?)

już w domu
bucha para


jesienna wycinanka

powiedzmy przyszła jesień
narysować brzozy w trawie
powiedzmy byliśmy w nich
latem i muchomor
dostał się do koszyka
powiedz my


pobocze

      pies na poboczu
      napęczniały tygodniem
      nareszcie tłusty


nawet nie boli
tylko wspomnienie powinno boleć
zadra reflektora wbita w bezgwiezdną noc
nie zawsze szedłem po omacku
palcami
ustami
drogą odciśniętą w wyobraźni

kiedy powiedziała
jestem energetyczną kurwą
drzewa skuliły się w dreszczach
rozpachniały trawy
i coś się działo z chmurami
wieczór
załaził pod skórę

aż po dziś


park A

ona naprzeciwko niego

w kawałku zwiewnej sukienki
założyła nogę na nogę

on naprzeciwko niej

podniósł wyżej gazetę
z zainteresowaniem studiując
dziurkę między stronami


* * * (podsłuchaj ziemię)

 podsłuchaj ziemię słychać jak domy wrastają
w ciasnych uliczkach dzieciństwa więcej słońca
niźli w rozległych placach teatralnych małżeństw
 nie nie odrywaj ucha biegnij aleją w parku
  trzeszczą ławki na chwałę pośladkom noc
spija minione przez słomki spragnionych ust
 w szumie srebrzystego blichtru nabrzmiały
wagabunda szurnął nogą o północ lecz ty idź
  za tym czerwonozłotym liściem klonu
                      niżej
                      niżej
                      niżej
 aż podzielona na nierówne połowy
   załka w norce rozstajna glista


wojażer

zimowy wieczór
mróz zdejmuje kolczyki
kobietom z uszu

powracają do domu
w pośpiechu
zaczerwienione

rozbierają się do snu
a on wchodzi na okna
i rysuje ich serca


pewnego lata

ty pojebańcu!
wrzasnęła anielica stróż chłopca
ja byłam pierwsza!

zawsze jesteś he! he! pierwsza
zadygotał aureolą anioł dziewczyny
i zamierzył się skrzydłem

spokojnie! spokojnie!
dla wszystkich wystarczy!
zgorszony diabeł na stoisku z zakazanymi owocami
próbował zatkać ogonem choć jedno ucho

nie zdający sobie sprawy z niczego
chłopiec objął dziewczynę

eee... znowu pewnie robaczywe
i będzie nas potem bolało w sobie -
lepiej chodźmy do sex shopu!

i pobiegli na łąkę


czyścioch idzie do nieba

tego dnia a tego
umył się wieloma modlitwami
i porządnie namaścił
wreszcie powieki zamknąwszy
czekał w spokoju ducha pod krzyżem

wokół skrzypiały krzesła na których
przyszło mu przysiadywać
zwędrowane drogi jak węże
w skórach pejzaży owijały umyte nogi
wysoki księżyc zakręcał chmurom papiloty

kiedy młoda dziewczyna rozpuszczała włosy
i w sąsieku zapachniało świeżym sianem
poczuł że nadchodzi

boże jak ty śmiercisz!
wzdrygał się z namaszczeniem


zaćmienie słońca

Prędzej wielbłąd przejdzie przez ucho igielne...
zaczął mówić Jezus gdy wtem wyskoczył Filip z konopi
i ukłoniwszy się publiczności klasnął w ręce

Trzej pomocnicy jęli wciskać wielkiego wielbłąda
w dwukorbkową maszynkę do mięsa
a wielbłąd patrzył wyzywająco w oczy Nauczyciela
wiedząc iż garby ma pełne świeżej wody

Po drugiej stronie igły nie było gapiów
braw czy okrzyków uznania
Na kamieniu siedział Jezus ze smutnym wyrazem oczu
i długo milczał nim przemówił:

Będę miał przynajmniej nieodpowiednie towarzystwo


drugi

Jan Paweł Drugi
więc kiedyś ktoś zapyta
po kim?

Rzymianie powiedzą po Piotrze
Żydzi że po ich Pawle
a ci co go znali -
po ludziach



Marek Sztarbowski

Wspomnijcie mnie kiedyś, byle nie na pomniku,
bo nie po to chciałem stworzyć cyberpaństwo wyobraźni,
wierząc w uduchowienie społeczeństwa. Wierząc
w uduchowienie społeczeństwa, bliższy byłem myślom
Arystotelesa niż Platona i moje idealne państwo
zostawiwszy odwłok na fotelu miało bujać w obłokach
całą planetę, a kiedyś galaktyki odleglejsze od pojęć
astronomów z krwi i kości. O la la! - myślałem
o kurwach, o la la! - złodziejom, o la la! - wojnie i głodowi,
a moje państwo rosło w myślach jak kapusta z głąbem w środku,
ja jednak widziałem tylko liście i cieszyłem się,
że wkrótce nakarmię wszystkie myszki internetowe świata.

Skoro jednak czytacie te słowa, znaczy to,
że znaleźliście mnie w fotelu, bo uwięziłem je w liście
wsuniętym do kieszeni spodni - daleko poza granicami
zalążka mojego cybernetycznego państwa i,
że ludzie mądrzy, lecz o słabej woli przegrali z ludźmi
ciemnymi, ale o silnym charakterze także i tutaj -
tak jak kiedyś przegrywali wszystkie bitwy
po tamtej stronie.
Zatem - wspomnijcie mnie tylko czasem, byle nie na pomniku,
tłumacząc się, że nie było na czym zawiesić epigrafu.


© Copyright by Marek Sztarbowski

 



AKTUALIZACJA