powidła wysmażone do granic słodyczy
dziwny zapach wiekowej czystości
dworzec
turek w witrynie
i już nowogrodzka
winda tak stara że chyba do nieba
przeraźliwy dzwonek
wystane brzoskwinie
babcia siada przy oknie
przekonuje cicho
a bóg się pochyla nad starym fotelem
krótka rozmowa z dawnym przyjacielem
co nagle odszedł a świat z nim
w zaświaty
niepewny uśmiech
każdy dzień przeżyty
zbliża do tego miejsca
gdzie wszystko jest ciszą
nie umiem malować
może gdybym umiał
nie musiałbym obrazów
fastrygować słowem
supełków znaczeń wiązać
melodią przetykać
w pociemniałym lustrze
przegląda się chmura
słońce trzciny zapala
oddziela sklepienia
jak mi się wiedzie?
wciąż się kolor
zmienia
droga drży
w ciemności
przyczajona sfora nocy
długie cienie sekund
skulona modlitwa
na dnie
oddechu
posłuchaj
co mówi jaszczurka
wiem to niełatwe
koniecznie potrzeba
tak zgiąć kolana
żeby dotknąć brzuchem
tych co odeszli
a kark prawie złamać
zatrzymaj się
pod sinym z zimna niebem
wiem nieprzyjemnie
kiedy chmura spada
torturą kropel
w podniesione czoło
huk wodospadu
lepiej jasny sufit
zanim cel górny
pogoda rozpłata
pomyśl
noga za nogą
o co ci tak na prawdę chodzi
kiedyś tu wrócisz
i już inne słońce
wyłuska z mroku
ornamenty zdarzeń
nim krok postąpisz
posłuchaj jaszczurki
kruchą skorupę zdobić pięknie
wyrównać postem biedę ducha
zawodzić smętnie gdy nie słucha
i tańczyć tańczyć gdy umiera
i klaskać prawą ręką w drugi
panując przyjąć postać sługi
na plecy bunt na kark pokorę
smyczą wolności pleść zwątpienie
upadać w ciszy słów kamieniem
żyć nie swoje
pomruk
niech się rozpada
pięść wierzby otworzy
milknie kukułka
dwa lata za późno
sucho przeszurały minuty
nie pot
nie ot
choć
z lipowych liści wypływa poranek
jeszcze powietrze nocą rozedrgane
rozprasza słońca upalne skupienie
oddycha cisza
ziewają kamienie
Ziemia jest twarda
pięty uderzają mocno
światło opływa biodra
kiedy tańczymy nasze stare pieśni
trzciny się chwieją przy Wielkim Przypływie
zapominamy nasze nowe pieśni
twarze na zachód zwracamy powoli
kiedy zabraknie siły
położymy się miękko
na Brzuchu
powoli
na wysokość oczu
trzeba podnosić i zanurzać
czas
co się o tajemnicę otarł
skórę
co dotknięć nie pojęła
przemyć na nowo
ugnieść w rękach
wybić głupotę na kamieniu
z płócien pachnących jeszcze łąką
przed dom wywiesić
niech zobaczą
jak mamy nowe lekkie dusze
może nie wiesz
otwieram się do siebie
sam nie wiem
ile to ma warstw
nie będzie źle - myślę
z trudem
i nie ulegam
sypkości słów
płynności uczuć
i chłodu ciała się nie boję
a jednak
jednak nie wiem
ile to ma warstw
ta cała miłość
długość światła
wielkość cienia
i do tego
dwie niewiadome

Ucieszyłem się, kiedy Jerzy zaprosił mnie na swoją stronę. Nieczęsto pokazuję moje teksty, długo się wahałem. Zdecydowałem się podzielić kilkoma, które są dla mnie cenne. Niepokoję się i jednocześnie jest mi przyjemnie, kiedy myślę, że możesz je czytać.
Mikołaj
© Copyright by Mikołaj Król
Fred Goldstein (poezja) | Elżbieta Lipińska (poezja) | forum. haiku.pl | Jacek Margolak (haiku) | Magdalena Banaszkiewicz (haiku) | Rafał Zabratyński (haiku) | Jerz (haiku) |